Przejawy autobiografizmu w twórczości filmowej Woody’ego Allena cz. II – Autor w dziele

Allen przedstawia widzom swoich bliskich, zaznajamia z ulubionymi aktorami, zabiera z ważne dla niego miejsca – a przecież, żeby mówić o autobiografizmie wystarczy minimalny ślad podobieństwa – jak pisała Małgorzata Czermińska. Badaczka podkreślała też, że czasami autor zupełnie nieświadomie pozostawia w swoim dziele, znamionujący o autentyczności, ślad. Wystarczy wspomnieć Federica Felliniego, wypierającego się wszelkich powiązań Amarcordu z jego dzieciństwem, spędzonym w Rimini, których to podobieństw jednak nie da się nie zauważyć. Należy jednak pamiętać, że włoski mistrz to wielki mitoman – jeśli chodzi o jego biografię. A jak jest z Allenem? Czy naprawdę w jego filmach, opowiadaniach, skeczach nie wybija się choć cień autobiograficzności?

O Annie Hall reżyser powiedział: „To był najpierw film o mnie, wyłącznie… Moje życie, myśli, idee, moje pochodzenie i związki z innymi były zasadniczym tematem”. Po czym asekuracyjnie ostrzegł dziennikarzy, żeby zbytnio nie sugerowali się rysem autentyzmu, bo nie dość, że scenariusz został napisany do spółki z Marshallem Brickmanem, to jeszcze „grał siebie, ale nie w autobiograficznych sytuacjach”. Takie antynomie czujny odbiorca odnajdzie w wielu wypowiedziach Allena. Podczas wywiadów demaskują go niezdarne i nerwowe zaprzeczenia. Często mawia – na przykład – że nie czytuje opinii krytyków, a wiadomym jest, że za przychylne recenzje, wysyła im listy z podziękowaniami. Ponadto, jeśli przywołamy w pamięci kultową scenę obiadu w rodzinnym domu – skrojonej na wzór Diane Keaton – Annie (która pierwotnie miała zwać się Diane Hall) i zestawimy z wyznaniami reżysera zawartymi w biografii, zauważymy wyraźny związek między bohaterem utworu a twórcą, odegraną scenką a światem weryzmu.

images

Wszystko to spowodowane jest faktem, iż na przestrzeni lat, Königsberg uczynił swoje publiczne genre tak prawdopodobnym i tak fascynującym dla widza, że dziś ten wzrusza z niedowierzaniem ramionami, gdy Allen upiera się, iż „<<Woody>> to nie on”. Bohaterom swoich filmów użycza nie tylko własną twarz, mimikę, gestykulację, elementy garderoby, lecz także i cechy charakteru. Z Virgilem Starkwellem z Bierz forsę… dzieli się tą samą datą urodzenia, z Fieldingiem Mellishem z Bananowego czubka – ukochaną kobietą, a z bohaterem Zagraj to jeszcze raz… swoim prawdziwym imieniem. Zdobywca Oscarów ubarwia swoją twórczość elementami z własnej przeszłości. Pozostawia w filmach liczne aluzje do życia prywatnego (np. piękna pani psychiatra, Eudora Fletcher, z Zeliga, nosi nazwisko po prawdziwej nauczycielce małego Allana a ojciec Joe’a w mitologizujących przeszłość Złotych… jest taxówkarzem, jak kiedyś Martin Königsberg), wykorzystuje – przy kreowaniu postaci – cechy swoich przyjaciół, przytacza ich mądrości (np. kultowy tekst z przyjęcia w Manhattanie: „Jestem z Filadelfii…” to powiedzenie pisarki, Susan Braudy). Bohaterowie filmów amerykańskiego reżysera mają te same talenty, co on – piszą scenariusze, powieści, skecze, stają na scenie jako komicy, reżyserują. Eric Lax przekonuje, że zachowanie Allena to „autopromocyjny spektakl” i nazywa tę kreację, jedną z lepiej prowadzonych gier aktorskich wszech czasów. Czy więc ta doskonała przystawalność twórcy Annie Hall do jego bohaterów miałaby okazać się iluzoryczna? W dalszej partii tekstu postaram się udowodnić, że nie.

Istotnym, choć niewystarczającym elementem dla kategorii autentyzmu jest poszlaka „nazwiskowa”. Wprawdzie godność reżysera i wykreowanych przez niego bohaterów nie jest identyczna (z wyjątkiem sztuki Zagraj to…, gdzie główna postać nosi imię Allan), ale nazwiska jego ekranowych indywiduów niosą ze sobą pewne informacje genealogiczne, wszakże: Alvy Singer, Isaac Davis, Danny Rose, Sandy Bates, Mickey Sachs, Leonard Zelig to miana żydowskie, a takiego pochodzenia jest przecież Allan Königsberg.

Czasami autobiograficzny charakter filmu może zdradzać już sam tytuł. W twórczości Allena dzieje się to pośrednio – nazwa dzieła konotuje związek z życiem twórcy, ale aluzja jest możliwa do odczytania tylko w przypadku, jeśli ktoś chociażby minimalnie zagłębi się w biografię artysty. Zarówno Manhattan, jak i Danny Rose z Broadwayu nasuwają pewne skojarzenia. Manhattan był dla, mieszkającego w dzieciństwie na Brooklynie, Allena swoistą ziemią Alkioneusa, tam dziś mieści się penthouse reżysera, tam też rozgrywa się akcja większości jego filmów. Z kolei tytułowy Danny Rose to postać wykreowana na wzór pierwszego impresario młodego komika.

indeks

Perseweracyjny charakter wątków poruszanych w twórczości Allena to kolejna cecha świadcząca o jej autobiograficzności. Dziennikarz magazynu Life i filmowiec, Richard Schicke określił Allena epitetem: „chodzący podręcznik trosk pokolenia wyrażanych komicznie”. Filmy nowojorczyka dotykają naskórka współczesnej egzystencji, ukazują napięcia i niepokoje ludzi, żyjących w wielkim, zabrudzonym, zmuszającym do ciągłego biegu mieście. Reżyser nie stroni od trudnej topiki; na warsztat bierze zarówno problematykę doczesności, jak i pierwsze miłosne fascynacje i rozczarowania. Główny problem w jego filmach to efemeryczność związków międzyludzkich, nieumiejętność dokonania właściwego wyboru, budowy i utrzymania więzi międzyludzkiej. Jak sam przyznał: „Moje filmy mają pewne stałe tematy. Na początku zajmują się największą ze wszystkich trudności – stosunkami miłosnymi.[…] Potem zaczyna się problem z wzajemną komunikacją”.

Doświadczenia nieudanych związków nie były Allenowi obce. Reżyser nie miał w swoim życiu wielkiego szczęścia do kobiet. Jego dwa małżeństwa zakończyły się dość szybko. Pierwszą żoną była Harlene Rosen, którą poznał podczas koncertu jazzowego, drugą – aktorka komediowa, Louise Lasser. Po tych przykrych doświadczeniach Allen obiecał sobie, że nigdy już się nie ożeni. Niezwyczajna więź z Diane Keaton opierała się w dużej mierze na przyjaźni, do dziś odtwórczyni roli Annie Hall jest pierwszą recenzentką scenariuszy jego filmów. Znacznie później, w trakcie kręcenia Wspomnień z… Allen zaczął spotykać się z Mią Farrow. Ich związek zakończył się prawdziwym skandalem. Okazało się, że reżyser romansuje z adoptowaną przez Mię dziewczyną – Soon-Yi Previn, która jest obecnie jego żoną. Aktorka niesłusznie oskarżyła wtedy Allena o molestowanie swojej młodszej córki, Dylan. Częściowe odbicie tych autentycznych wydarzeń widz odnajdzie w Mężach i żonach.

Nowojorczyk obnaża także w swoich produkcjach ludzkie słabości. Ukazuje też mężczyznę „w postfreudowskim, nowoczesnym społeczeństwie przemysłowym i odkrywa na nowo problematyczność miłości w świetle feminizmu i wyższego wykształcenia”. Jego bohaterowie nie są jak gwiazdy ekranu z lat dwudziestych i trzydziestych, to ludzie z krwi i kości, którzy popełniają błędy, zdradzają, ale i nawracają się na dobrą drogę.

Seks jest kolejnym, silniej akcentowanym motywem w filmach Allena. Problem ten podjął reżyser między innymi w – opartym na poradniku doktora Davida Reubena – epizodycznym Wszystko co chcielibyście wiedzieć o seksie, ale boicie się zapytać.

Allen próbuje odpowiedzieć na pytania o sens życia, często przy tym ukazując beznadzieję tego zamierzenia. Kluczy pośród tematyki vanitas. Problem ten zwiastują już niektóre z tytułów – zarówno w Miłości i śmierci, jak i jednoaktówce Śmierć widać to doskonale. Reżyser nie traktuje jednak kresu istnienia zbyt poważnie, raczej z niego drwi – czego świetną ilustracją jest choćby pierwszy z wymienionych filmów. Z kolei w Hannie… ukazuje człowieka opętanego strachem przed śmiercią. Główny bohater, Mickey, nawet nie potrafi cieszyć się z pozytywnych wyników badań. Obsesyjnie powtarza:

Nie, nie umieram teraz, ale… wiesz, kiedy wybiegłem ze szpitala, byłem taki szczęśliwy, że wszystko ze mną będzie dobrze. Biegłem ulicą i nagle zatrzymałem się. Uderzyła mnie myśl, że w porządku, wiesz, nie odejdę dzisiaj – jestem zdrowy, nie jutro. Ale kiedyś to nastąpi […] potworność nawet… samej myśli o tym!

Lęki Mickeya przypominają fobie samego reżysera, Allen niejednokrotnie podkreślał, że zamiast po śmierci przetrwać w swoich dziełach, wolałby nie umierać i żyć swoim apartamencie lub po prostu osiągnąć nieśmiertelność; za jedyną gorszą od kresu istnienia rzecz uznał spędzenie wieczoru ze sprzedawcą polis ubezpieczeniowych.

Bohaterowie jego filmów często roztrząsają też kwestię istnienia Boga. We Wszystko gra pojawia się motyw zbrodni i kary, moralności. Postaci dokonują samoanalizy, oddają się nostalgii, tęsknią, za tym co bezpowrotnie minęło – zupełnie jak Allen, dla którego filmy stanowią osobistą terapię. Reżyser w swoich obrazach ukazuje zarówno proces tworzenia, jak i niemoc twórczą, nie stroni od autotematyczności. Najczęstszy temat żartów nowojorczyka stanowi on sam. W Bierz forsę i w nogi, Annie Hall czy Wspomnieniach… kieruje ostrze satyry w swoje żydowskie pochodzenie. Drwi z własnego wyglądu, mówiąc, że posiada ciało Achillesa, z dystansem traktuje swój wizerunek intelektualisty, twierdząc, że jego filmy uznaje się za wartościowe, bo… „trzeba do nich dopłacać”.

milosc_i_smierc4

W Życiu…, Jej wysokości…, Co nas kręci…. pojawia się też wątek mentora, kogoś, kto przekazuje osobie młodszej lub mniej doświadczonej swoją wiedzę – zwykle to sam Allen wciela się w rolę takiego mistrza – poczynając od Annie Hall, gdzie Alvy Singer – jak w Pigmalionie – proponuje Annie do czytania filozoficzne książki, zachęca do wzięcia udziału w dokształcających kursach. Stałe motywy to także hołd dla X Muzy, sztuki, dla Nowego Jorku i Manhattanu.

Kiedy się tak dłużej zastanowić, obrazy Allena nie są wcale czystymi komediami. Śmiejemy się, ale tak naprawdę filmy te niosą ze sobą głębokie życiowe przesłanie, uczą dystansu, pokazują, jacy jesteśmy, pozwalają wybrać odpowiednią drogę – a wszystko pod płaszczykiem historii na kształt przypowieści, jak u mistrza Akiry Kurosawy. Ta teza może brzmieć nieprawdziwie, ale jeśli nie pozostajemy przy jednotorowej interpretacji filmu, wtedy wyda się ona całkiem uzasadniona. I tak – drwimy z hipochondrycznego Mickey’a z Hanny…, a jednak jego sytuacja i mądrości wprowadzają nas w zadumę nad marnością żywota, bawi kameleon Zelig, a w istocie uczula nas na nietolerancję i samotność człowieka w świecie, uśmiechamy się na widok roztrzęsionej Sali z Mężów i żon, a tak naprawdę obserwujemy kobietę zagubioną, niemogącą odnaleźć się w życiu bez męża, potrafiącą jedynie żyć w stadzie. Gorycz, jaką niesie ze sobą dogłębna i wielotorowa analiza, będzie wyczuwalna coraz bardziej z biegiem lat w twórczości nowojorczyka, w każdym jego kolejnym filmie.

Uwielbiał Nowy Jork” – to najbardziej znane zdanie z Manhattanu. Wypowiada je Isaak Davis – pisarz, zamiarujący stworzyć dzieło opiewające doskonałość tego miasta. W początkowej partii filmu z 1979 roku następuje bardzo ciekawy zabieg, mianowicie – po literackim wprowadzeniu, na tle muzyki Gershwina, która potęguje napięcie, widz ma możliwość podziwiania fajerwerków, będących znamieniem uwieńczenia, celebrowania czegoś wyjątkowego. Zwykle powinny pojawić się na końcu, w tym przypadku jednak reżyser wykorzystał je zamiast epilogu, dla spektakularnego uczczenia piękna Nowego Amsterdamu, podkreślenia swojego jakże wielkiego oddania dla city.

manhattan-59th-st-bridge

Nowy Jork, Manhattan to kolejne wielkie tematy w filmach twórcy Annie Hall – stąd przyjęło się go zwać rzecznikiem tejże aglomeracji. Mawia się także, że to miasto i on – permanentnie tworzą się nawzajem. Niektórzy krytycy uważają nawet, że miłość do metropolii jest czymś na kształt remedium, mającego zadośćuczynić reżyserowi nieudane życie osobiste.

[…] Jest miejscem, gdzie wiecznie pojawiają się i gubią nowe znaczenia, wiecznie zmienia się środowisko. Sama struktura miasta jak gorset ściska w sobie niezwykłą energię, wigor i tempo. Sprytny, cyniczny, zamknięty w sobie, chorobliwie niezmordowany Manhattan ujawnia gorączkową bystrość na przezmian z upadkami ducha, którym towarzyszy bezsenność i schizofreniczne wyczerpanie”.

Ojciec wziął mnie od miasta po raz pierwszy w 1941 roku. Pamiętam, jak wysiedliśmy z metra na 42. Ulicy i zobaczyłem trzydzieści kin w jednym rzędzie. […] Zawsze próbuję odnaleźć Nowy York Cole Portera” – wspominał Allen z sentymentem w swojej biografii. Big Apple widziane oczami reżysera to bogate wizualnie, wysmakowane estetycznie czarno-białe obrazy, przypominające stare fotografie z lat dwudziestych, trzydziestych i czterdziestych.

Wystarczy tylko spojrzeć na ubiory z tamtego okresu – olbrzymie futra i finezyjne kapelusze, wyrafinowane meble i fantastyczne automobile, takie jak Bugatti… wszystko to przyciągało wzrok. Była to również epoka rozkwitu życia artystycznego – teatru, kabaretu i jazzu. Epoka Duke’a Ellingtona i Earla Hinesa. Złoty wiek Nowego Jorku. Lubię stylizować swoje filmy, ponieważ gdy kręci się je w dzisiejszych realiach, trudno uczynić je estetycznymi.

To miejsce sprzeczności. Synonim kultury i metafora rozkładu wartości oraz nędznego życia. Miejsce idealne dla intelektualisty. „Nowy Jork jest czymś więcej niż aglomeracją miejską, to także przekonanie, obraz, idea. To miasto magicznie zmieniających się kształtów… […] Jest jak książka zmieniająca sens za każdym razem, gdy się ją otworzy”. Do ulubionych zakątków i budynków Königsberga należą: Central Park, Most Brooklyński, Statua Wolności, Coney Island, drapacze chmur Manhattanu, Rockeffeler Center, Wall Street, Broadway, Madison Avenue, Greenwich Village, Soho – przedstawia je widzowi poprzez usta architekta w Hannie…, a także w Co nas…

To, co oglądają państwo na ekranie, to moja wizja Nowego Jorku, która z pewnością jest wyidealizowana. Zakątki, atmosfera i postacie, które pokazuję, są starannie wyselekcjonowane. Wszystkie te elementy rzeczywiście istnieją w Nowym Jorku, ale jest tam także wiele rzeczy, które nie są takie idealne. To widać, kiedy porównamy Nowy Jork z moich filmów z Nowym Jorkiem widzianym okiem Martina Scorsese albo Spike’a Lee. Każdy reżyser ma przywilej bycia wybiórczym. Tak jak fotograf w swoim kadrze zawiera tylko te elementy, które mu pasują, a resztę pozostawia poza zasięgiem obiektywu.

Jeszcze do niedawna na pytanie, czy opuściłby kiedyś Nowy Jork, reżyser odpowiadał z przekonaniem:

To by było zbyt ryzykowne dla mojego zdrowia. Mam całą masę specyficznych nawyków żywnościowych, które mogą być zaspokojone jedynie w mojej dzielnicy. Przed każdą podróżą zagraniczną przechodzę intensywne kursy survivalu.

A jednak akcja jego ostatnich filmów toczy się poza granicami Manhattanu. We wcześniejszych obrazach także pojawiały się inne miejsca: Paryż i Wenecja we Wszyscy mówią…, ale co zaświadcza najnowsza produkcja Allena, Co nas kręci…, reżyser pozostaje wierny swojemu miastu.

Königsberg nie cierpi podróży i najchętniej nie wyściubiałby nosa zza Piątek Alei. Nawet Sex nocy letniej kręcono w pobliżu Manhattanu. Allen to typ zdecydowanie miejski, jego filozofia nie pokrywa się w żadnej mierze z poglądami Jeana Jakuba Rousseau. Kiedy Mia Farrow wyciągała go na wieś, ten przywdziawszy na głowę moskitierę, marzył tylko o powrocie do pełnego smogu i nieczystości miasta, do eleganckiej dzielnicy Upper East Side.

Subiektywny sposób ukazania Nowego Jorku, przepełnionego przeszłością klubów, odnajdziemy poza Manhattanem, także w Danym Rose z Broadwayu. Wcielający się w rolę menedżera, Allen, reprezentuje typ nowojorczyka, który spędził lata na przetrwaniu w mieście, gdzie nie miał możliwości wyuczenia się zawodu, stara się więc z klientów nieudaczników zrobić gwiazdy estrady, by jak najwięcej na nich zarobić. W tym obrazie znów ukazana jest zmienność i zdradliwość metropolii, będącej także metaforą rozkładu współczesnej kultury. Tłem fabuły dzieła z 1994 roku jest dla społeczeństwo „wyprane z wrażliwości przez telewizję, narkotyki, fast-food, hałaśliwą muzykę i pozbawiony uczuć, mechaniczny seks”.

C.D.N.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *